Bezsilność , niemożność czy bezradność – rozważania coacha.

Bezsilność – to o niej dzisiaj chcę napisać kilka słów. To uczucie, którego nie lubię, a nawet darzę nienawiścią. Uczucie, które mnie ostatnio często nawiedza. Uczucie, które sprawia, że nie mam ochoty na pisanie, na pracę a nawet na twórczość.

Bezsilność to dla mnie niemoc, która ogarnia mnie w kontaktach z innymi ludźmi. Oczywiście definicja jest zupełnie inna, mówi się o niemocy działania. A ja działam, staram się i nie mam wpływu na cel i życie. A przecież mówi się, że mamy wpływ na własne życie. Na tym opiera się cała moja praca, cały coaching. I tylko ja w dyskusji z innymi coachami mówię, że na życie mamy niewielki wpływ. Niewiele od nas zależy, ale to nie modne. Każdy chce usłyszeć, „możesz wszystko”, „Tylko Ty masz wpływ na swoje życie”. Czy rzeczywiście tak jest? Ja uważam inaczej, nie mamy wpływu na własne życie a jedynie mamy wpływ na swoją postawę wobec tego co życie nam niesie. Ale jest też bezsilność.

Bezsilność moja,

to moja choroba, kto mnie zna, wie że ciągle borykam się ze zdrowiem. Po ostatniej operacji (6 narkozie) dochodzę powoli do siebie. Dzień za dniem jest lepiej. Podejmuję decyzje co jest dla mnie dobre, co już mi wolno a czego jeszcze nie. Działam, chodzę na rehabilitację, uważam. Kontroluję i badam, tak do następnego razu. Mimo wszystko nie czuję się aż tak źle z tą bezsilnością.

 

Bezsilność moja,

to choroba mojego najstarszego kotka. Akurat mieliśmy iść na MTP, na coroczne spotkanie blogerów. Pierwsze symptomy choroby, robi pod siebie, wymiotuje, nie rusza się – jedziemy do Veta. Nie można pobrać krwi – krew nie leci, zbyt gęsta. Jedziemy do domu, podajemy kroplówki. Za dwa dni jedziemy do Veta z moczem – diagnoza. Chroba nerek, dostajemy leki i jedziemy do domu. Kot dostaje leki i całkowity zjazd. Jedziemy do Veta (innego, bo weekend), pobieramy krew, nerki zdrowe. Diagnoza – choroba układu pokarmowego, dostaje antybiotyk. Kolejna wizyta, usg – diagnoza, zapalenie jelita, leki i do domu. Dajemy antybiotyk, reszte  leków odstawiamy, bo kotek wszystko zwraca. Schudł prawie 4 kg. Mijają dwa dni, zaczyna jeść, wstaje, chodzi, wypróżnia się. Jest lepiej. Jesteśmy szczęśliwi.
Mijają dwa tygodnie, kot nie reaguje jednym oczkiem na światło. Jedziemy do Veta, bada, daje leki na odwodnienie. Nasza reakcja – przecież to skóra i kości. Patrzy i zaleca inne badanie na zewnątrz. Jedziemy, badamy oko – wszystko dobrze. Nowy Vet, przedstawiamy objawy, przebieg choroby i prosimy o radę, pobieramy krew, usg – diagnoza. Nowotwór jelita z przerzutami lub wirus białaczki kociej. Robimy powtórne testy. Czekamy. Jedno wiemy, nie ma nadziei. Bezsilność. Czuję się źle.

Nie mam wpływu na swoje życie, na smutek, który ogarnia mnie całą. Nie mam wpływu na pustkę, która rozdziera mi serce. Ktoś powie, to tylko kot. To nie kot, to moje życie. To cząstka mnie, która odchodzi bez mojego udziału, bez mojego pozwolenia na śmierć. Robię wszystko, wydaję fortunę na leki, które nie zostały podane, działam. I nic nie mogę. Bezsilność, niemożność, bezradność.

Kopik odszedł na rękach mojego męża 30 czerwca 2019 roku o godz. 3.54.